Strona 43
Takto napadane bywają grunta Pritwitza i Salischa, oraz majętności poddanych, iż ledwo gęsi lub kury na polach zachować mogą od sąsiednich Polaków, ani im się nakoniec nie pozostanie czem życie biedne utrzymać, chyba że uciekać lub przenosić się zechcą do tych, co im doskwierają..
Jeśli jeden z poddanych bez słusznego powodu zbiegając od panu swego uda się do Polski: żadnej już niemu sposobności odzyskania go. Polacy zaś sąsiedni jeżeli o co dopominają sio u nas, a my natychmiast nie czynimy wszystkiego czego żądają, — najeżdżają, naszych, samowolnie wymierzając sobie sprawiedliwość zabraniem ruchomości.
Prosimy tedy, aby zażalenia i uczynki droga prawną i przez trybunały, nie zaś gwałtem, rozstrzygano, oraz zabroniono panom Polakom przewabiać i zatrzymywać poddanych naszych. Zażalenie szląskich kupców, szczególniej wrocławskich, głogowskich, zielonogórskich, cieszyńskich.
Lubo odwety nietylko sprzeciwiają się najwięcej prawu pospolitemu i przyrodzonemu, i od narodów ucywilizowanych są nienawidzone i potępione, ale także między waszym a naszym narodem miejsca nie mają, paktami dawnemi i licznemi rozporządzeniami królewskiemi są zniesione i zabronione, często jednak zdarza się, że niektórzy mieszkańcy Polski niewinne osoby ze Szląska gwałtownym napadem po drogach królewskich, zelżywie i dziko traktują, zatrzymują, rzeczy ich krom wszelkiego słusznego powodu zabierają, nigdy lub rzadko kiedy, a nie w całości wracają im.
Takiego uczynku dopuścił się ur. p. Jan Pukosławski, który, gdy nie otrzymał mimo starań swoich, należytości swojej od rzeźników wrocławskich, bardzo biednych, przed zawarciem kontraktu nie wywiedziawszy się o ich mieniu ani zwierzchności miejskiej nic poradziwszy się, sum sobie poważył się wymierzyć sprawiedliwość. Nie dochodząc należytości swojej drogą prawna, jawnego gwałtu dopuścił się na dwuch Szlązakach, mieszczanach wrocławskich: ślach. panu Joachimie Luku z Bogusławie, niegdyś ś. p. cesarza Macieju, dziś naszego miłościwego pana, króla Jmci czeskiego, słudze; i sławetnym panu Mik. Kreutzburgerze kupcu i sługach, których miał ze sobą. Gdy bowiem na targu kobylińskim 10. maja 1610 we-
łnę drogo kupiwszy, a zapłaciwszy cło królewskie, wracali do domu, o 1/4 mili od Jutrosina, pod Szymankowem, z gęstej krzewiny wypadłszy Jan Pakoslawski z dwoma braćmi swymi i w 30 konnych i pieszych, z dobytemi pałaszami w ręku, zajechał im drogę. Rade miastu Wrocławia niegodziwemi obelgami znieważył zarazem wymyślając na tych podróżnych, którzy mu przecież żadnej nie czynili krzywdy. Poczem napastnicy, w drodze królewskiej, w spokojnem królestwie, w takiej liczbie, tych kilku podróżnych, niezłego niezamyślających, zatrzymawszy i wystrzeliwszy z strzelby, zrzucają ich z wozu, rozbrajają, ranią. Nic nie wzruszało najezdników odwoływanie się napadniętych do prawa pospolitego, do statutów królestwa, do przymierza między temi ziemiami zachodzącego; nic nie pomagała przemowa do wielu panów koronnych, których nasi dobrze znali — nic nie powstrzymało ich od popełnienia gwałtu, ni prośby napadniętych błagających na kolanach, ani intercessye ślachetnych niewiast przejeżdżających. Nie przestają uraz to słowem to czynem, grożą im ogniem, haniebną szubienicą, dzikie przekleństwa i bluźnierstwa przeciwko P. Bogu miotają, ludziom niewinnym zabierają wszystko co mieli ze sobą i wóz z wełną, którego właściciele dotąd odzyskać nie mogli ani przez prośby naszę, ani przez mężów znakomitych, piśmiennie lub ustnie przyczyniających się za pokrzywdzonymi. Nawet gdy król Jmć, pobudzony prośbami naszemi i niegodziwością występku, reskryptem swoim przykazał Pakosławskiemu zwrot zabranych rzeczy, obwiniony nie słuchając rozkazu królewskiego, oświadczył iż nikt go sądzić nie może: zatem cudzej własności oddać niechce. Prosimy tedy aby Pakosławskieinu nakazano zwrot wełny, będącej własnością sukienników biednych.
Coś podobnego uczynił przed 10 laty 31. maja Mikołaj i Miłaszewski. Tenże z 12 sług konnych zabrał czterech naszyńców, Joachima Elsnera, Zacharjasza Ekarta, Pawła Burgara i Jakóba Handela, na drodze królewskiej blisko Krotoszyna w lesie, bez żadnej przyczyny; trzymał ich dwie niedziele, póki od nich nie wydusił okupu 1000 zł. p. wypłaconych w złocie.